
Wieczór 25 lipca miałam spędzić sama. Mieszkałam wtedy przy Corso Arnaldo Lucci w Neapolu - kawałek od dworca, w dzielnicy, która nie ma nic wspólnego ze Spaccanapoli czy Lungomare: magazyny, biura, ruch. Myślałam, że moje imieniny przejdą tam bez echa.
Nie przeszły.
Kościół, o którego istnieniu nie miałam pojęcia
Sto metrów od mojego mieszkania stoi kościół Sant'Anna alle Paludi. Nazwa bierze się stąd, że kiedyś rozciągały się tu mokradła przy ujściu Sebeto - dzielnica wyrosła w tym miejscu dopiero pod koniec XIX wieku, przy wielkiej przebudowie miasta. Sam kościół ma korzenie sięgające XIV wieku, a przechowywana w nim drewniana, polichromowana figura świętej Anny z małą Marią na ręku, z końca XVIII wieku, należy do najbardziej czczonych wizerunków tej świętej w Neapolu.
Legenda mówi, że posąg znalazł w błocie chłop wracający z wojny, poprowadzony przez płaczące dziecko siedzące na drzewie granatu. Kiedy odkopał figurę, ta miała się przedstawić: Jestem Matka Sant'Anna.
Wieczorem w wigilię święta, 25 lipca, odbywa się w tym kościele obrzęd zwany 'Ngannaccata 'e Sant'Anna - od neapolitańskiego cannacca, czyli naszyjnika. Figurę ubiera się w wota i biżuterię przyniesioną przez wiernych, przy pieśniach, modlitwach i opowiadaniu jej historii, na zakończenie nowenny.
Noc, w której nikt nie śpi
Ja tego wieczoru usłyszałam najpierw dzwony. Potem fajerwerki - i nie skromny pokaz, tylko coś, czego nie widziałam nawet w polskiego sylwestra. Huk niósł się z kilku stron naraz, bo w okolicznych parafiach robią to samo, każda po swojemu. Rano o szóstej znów dzwony. Po mszy o siódmej - kolejna salwa.
Dla neapolitańczyków święta Anna nie jest abstrakcyjną postacią z kalendarza. Bywa nazywana mamma 'e Napule, matką Neapolu, i uchodzi za jedną ze współpatronek miasta. Kościołów pod jej wezwaniem jest tu zresztą tyle, że mówiąc „idę do Sant'Anny", trzeba doprecyzować, do której.
Nikt mnie na to nie przygotował. Żaden przewodnik, żaden blog. A mieszkałam sto metrów od źródła hałasu.
Ischia: kiedy morze staje w ogniu
Kilka dni później byłam już na Ischii - i tam skala okazała się zupełnie inna.
Festa a Mare agli Scogli di Sant'Anna to jedno z najbardziej widowiskowych wydarzeń lata w całej Kampanii. W 2026 roku odbyła się po raz dziewięćdziesiąty czwarty, w zatoce Cartaromana, u stóp Zamku Aragońskiego w Ischia Ponte.
Zaczęło się od czegoś bardzo prostego. Kobiety, które pragnęły dziecka albo dziękowały za szczęśliwy poród, płynęły łodziami do maleńkiego kościółka na skałach, żeby pomodlić się do patronki rodzących. Z tego pielgrzymowania po wodzie w 1932 roku narodziła się zorganizowana festa. Msza za rodzące odprawiana jest tam do dziś, w przeddzień głównego wieczoru.
Dziś święto trwa kilka dni, a kulminacja przypada wieczorem 26 lipca: parada iluminowanych łodzi alegorycznych, budowanych przez całe miesiące przez konkurujące ze sobą grupy, a po niej symboliczny „pożar" Zamku Aragońskiego i pokaz piromuzyczny, który widać podobno aż z Procidy i Capri.
Dwa oblicza tej samej dewocji
To, co zobaczyłam w Neapolu i na Ischii w te same dni, złożyło się w jeden obraz. W mieście - kameralne, parafialne, hałaśliwe po sąsiedzku, zupełnie bez publiczności z zewnątrz. Na wyspie - morskie, ogromne, przygotowywane miesiącami. Ta sama święta i dwa zupełnie różne sposoby powiedzenia jej „dziękuję".
Jeśli chcecie to zobaczyć
Oba wydarzenia wracają co roku o tej samej porze, więc kalendarz na przyszły lipiec można ustawić już teraz.
W Neapolu wystarczy być w okolicy wieczorem 25 lipca. Jeśli nocujecie gdzieś między dworcem a Corso Arnaldo Lucci, fajerwerków i tak nie przespicie - ale zamiast przeklinać hałas, lepiej zejść na dół i zobaczyć, skąd się bierze.
Na Ischii dojedźcie do Ischia Ponte wcześnie. Program głównego dnia rusza około dziewiętnastej, parada łodzi startuje po dwudziestej pierwszej, a dobre miejsce na skałach albo stolik z widokiem na zatokę trzeba mieć dużo wcześniej. Można też oglądać z wody, z wynajętej łódki - wtedy widok jest najbliższy temu, od czego całe święto się zaczęło.
Wstęp na jedno i drugie jest bezpłatny. Trzeba tylko wiedzieć, że się dzieje - a to akurat jest ta część, której w przewodnikach nie ma.
Dlaczego akurat tam mieszkałam
Nie trafiłam pod ten kościół całkiem przypadkiem. Adres podpowiedział mi Tomek, mój partner biznesowy w Neapolu - Polak, który mieszka tu od 34 lat i zna miasto od strony, której nie widać z okna autokaru. Wybrał tę okolicę z powodów zupełnie praktycznych: blisko dworca, wygodnie, spokojnie. O tym, że sto metrów dalej stoi kościół, który raz w roku nie pozwala spać całej dzielnicy, nie wspomniał ani słowem - bo dla niego to po prostu lipiec.
I to jest chyba najlepszy opis tego, na czym polega nasza współpraca. Najciekawsze rzeczy w Kampanii rzadko są opisane. Trafia się na nie dlatego, że ktoś na miejscu miał dobry adres.
Zdjęcie: Antonio Manfredonio / Flickr, licencja CC BY-SA 2.0 (creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0), zdjęcie przycięte.